Przejdź do głównej zawartości

KIEDY DOROSNĘ... - relacja z festiwalu Kino Dzieci 2017



Kino dzieci to festiwal, który od czterech lat stanowi ciekawą pozycję na mapie festiwalowej naszego kraju, a to za sprawą swojej młodocianej grupy docelowej. W Polsce od lat filmów dla dzieci powstaje jak na lekarstwo, dlatego każda inicjatywa mogąca udowodnić najmłodszym, że kino dla nich to nie tylko Disney i Pixar, jest jak na wagę złota. W tym roku postanowiłem przyjrzeć się temu wydarzeniu bliżej.

Cechą charakterystyczną Kina dzieci jest jego potężny zasięg – nie koncentruje się w jednym mieście, a ze swym repertuarem wyjeżdża do wielu – w tym roku 21, wśród których znalazł się Poznań, a w nim kino Muza. I tak, pod hasłem "Pora na ciekawość", od 23 września do 1 października, każdego dnia do południa salą kinową rządziły dzieci.

Rządziły oczywiście nie w dosłownym sensie, bowiem seanse przebiegały w sposób zadziwiająco spokojny, jednak gdy wchodziło się do hallu budynku, można było przypuszczać, że będzie zupełnie inaczej – poziom decybeli przekraczał wszelkie unijne normy, a tłok czynił podróż z toalety na salę więcej niż trudną. Obecni na niektórych pokazach państwo Kalinowscy rozmyślnie przychodzili na ostatnią chwilę, gdy dzieci zdążyły już pozajmować swoje miejsca, dzięki czemu unikali ścisku, a na pokazy i tak zdążali, bowiem te zaliczały kilkuminutowe opóźnienia, w oczekiwaniu na grupy wycieczkowe.

Co mnie zdziwiło, ani razu nie miała miejsce sytuacja, by wszystkie fotele zostały zajęte. Może w innych miastach sprawa miała się inaczej, jednak w Poznaniu pokazy Kina dzieci nie były oblegane. Najniższą frekwencją cieszyły się "Opowieści świnki", gromadząc jedynie dwa rzędy jednej grupy przedszkolnej. Jednak biorąc pod uwagę, z jakimi tytułami film ten konkurował, absolutnie nie dziwię się, że najmłodsi woleli wybrać się na coś innego. Ciekawym przypadkiem okazał się "Storm. Opowieść o odwadze", na który, obok liczne zgromadzonych dzieci, dotarła również kilkuosobowa grupa z, na oko, później szkoły średniej. Czy to z powodu wagarów, trudno ocenić, jednak ich całkowicie przykładne zachowanie podczas projekcji zdawałoby się temu przeczyć.

Repertuar zdecydowanie mnie nie zawiódł. Podczas kilku dni obecności na festiwalu udało mi się obejrzeć 6 filmów, z czego za jakkolwiek kiepskie, czy raczej rozczarowujące, uznać mogę jedynie dwa – wspomniane już "Opowieści świnki" oraz "Superagentkę".
Pierwszy tytuł to niemiecka animacja dla najmłodszych. Graficznie nie bardzo ma się czym pochwalić – wygładzone trójwymiarowe tekstury przywodzą na myśl produkcje niskich lotów puszczane w telewizji w niedzielne przedpołudnia. Fabularnie jest lepiej, choć całość jest zdecydowanie nazbyt rozwleczona do pełnego metrażu. Co prawda wiele się dzieje, ale tkwi w tym jakaś reżyserska nieporadność, humor momentami jest niezręczny, postaci mało charakterystyczne, a ich działania głupie.
Duńska "Superagentka" była tytułem, po którym spodziewałem się najwięcej – myślałem, że otrzymam uroczą opowieść w stylu Nancy Drew wrzuconej do świata przepięknej rysowanej animacji. I animacja faktycznie okazała się cudowna, jednak poza nią uwagę zwracały już tylko niedorzeczności. Prowadzone przez bohaterkę quasi-śledztwo budzi (a przysnąć łatwo) masę zastrzeżeń, końcowy twist nie robi żadnego wrażenia, przesłania w tym brak, a sens zaistnienia w filmie postaci gadającej jaszczurki do dziś jest dla mnie zupełnie niejasny. Klimatyczne wstawki utrzymane w duchu kina noir nie uratowały "Superagentki" – wynudziłem się potwornie.
Ciekawym przypadkiem okazała się "Przygoda Nelly". To niemiecka produkcja aktorska o dziewczynce, która ma spędzać wakacje w odległej Rumunii – ma być nudno, brudno i męcząco. Nie minie jednak wiele czasu, by koszmarny pobyt w obcym miejscu zamienił się w niebezpieczną, ale ciekawą przygodę. I przygoda jest zaprawdę niesamowita, jednak z każdą minutą głupsza. Na szczęście w ten dziwnie pozytywny sposób. Motywem wyjściowym jest typowy dla kina familijnego z lat 90-tych problem o podłożu ekologicznym – złe do szpiku kości zbiry, mając za nic matkę-ziemię i ludzi na niej żyjących, są o krok od zrealizowania swych diabolicznych planów i tylko wścibskie dzieciaki są w stanie ich powstrzymać. Śmiechu przy tym co niemiara (częstokroć wynikał on z niejasnych dla mnie przyczyn pojawienia się jakiegoś wydarzenia lub wypowiedzi), tempo akcji jest zawrotne, a rzeczone zbiry to najgenialniejszy tego typu duet, jaki widziałem kiedykolwiek na ekranie (Jeo Pesci/Daniel Stern – sorry, chłopaki). Nie jest to tytuł, który bym polecił jakiemukolwiek dziecku, bo nie wynika z tego absolutnie nic, ale sam ubawiłem się niesamowicie.
"Storm. Opowieść o odwadze" to holenderski film aktorski, którego akcja rozgrywa się u schyłku średniowiecza, w momencie gdy Marcin Luter rozpoczyna swe reformatorskie działania, mające w przyszłości odmienić Kościół. Historia, opowiedziana oczywiście z perspektywy dziecka, to próba wyjaśnienia dzieciom nie tylko religijnego i kulturowego przełomu, ale również przejmująca opowieść o tolerancji i przyjaźni. Choć sam bawiłem się na seansie znakomicie, to mam wątpliwości, czy jest to dobra propozycja dla dzieci, które najpewniej nigdy wcześniej nie słyszały o Marcinie Lutrze, spośród religii znają tylko tą wpajaną im w domu, a ruchoma czcionka to dla nich czarna magia. To tytuł raczej dla osób posiadających już podstawowe informacje, dlatego zalecałbym rodzicom przeprowadzenie swego rodzaju prelekcji przed seansem. "Storm" to wciągająca przygoda i niegłupia rozrywka, skutecznie uciekająca od banału. Do tego przepięknie sfotografowana, o bogatej i dobrze oddającej czasy scenografii.
"Blanka" to najbardziej egzotyczna z propozycji festiwalowych, bowiem pochodzi z Filipin, a powstała w koprodukcji z Japonią i Włochami. Tak jak wcześniejszy film, ten też jest aktorskim dramatem i również bierze na tapet temat trudny i dla dzieci być może niełatwy do zrozumienia – bezdomność. Ale że zagadnienie wymaga jedynie zrozumienia emocji, a nie poznania konkretnych faktów, filipińska produkcja dotrze do młodego widza z pewnością skuteczniej i, choć jest znacznie mniej przygodowa, zostanie z nim na dłużej. Przynajmniej taką mam nadzieję. To bardzo kameralna historia dziewczynki i leciwego, niewidomego ulicznego grajka. Ulice miasta są brudne i mało przyjemne, ale bohaterowie dzielnie zaciskają pięści i stawiają czoła kolejnym wyzwaniom. To mądre i nieoczywiste kino, choć może nieco za powolne i za mało fabularnie skonkretyzowane, by zadowolić najmłodszych.
Na sam koniec zostawiłem film, który nie znajduje się na szczycie mej listy, jednak to on jako jedyny trafił do szerokiej dystrybucji w Polsce. "Villads" na Kinie dzieci zdobył dwie nagrody – od jury twórców oraz w plebiscycie publiczności. Jest to duński film aktorski, którego tytuł, jak we wcześniejszych przypadkach, stanowi imię głównego bohatera. Villads to niespokojny chłopczyk, którego wszędzie jest pełno i trudno mu się pogodzić z faktem, że ma pójść do szkoły i dostosować się do tamtejszych reguł. Jednak motyw inicjacyjny nie stanowi osi fabularnej całości - ta po prostu nie istnieje. Produkcja ta to kolaż scen z beztroskiego życia dziecka; widzimy tam wiele niepowiązanych ze sobą scenek, czasem zabawnych, czasem po prostu ukazujących zajęcia chłopca, jego pomysły, bujną wyobraźnię i rodzące się przyjaźnie. Momentami to całkiem ciekawe i przede wszystkim bardzo nietypowe jak na kino familijne, jednak wydawało mi się, że młody widz konkretnie wytyczonej osi fabularnej zwyczajnie potrzebuje. Najwidoczniej niekoniecznie. A wynudziłem się tylko ja.

W ramach poznańskiego Kina dzieci pokazane zostały również "Zimowe przygody Jill i Joy" oraz "Solan i Ludwik – wielki wyścig z serem", których niestety nie miałem okazji zobaczyć i raczej już nie nadrobię, mimo że pierwszy z nich będzie w Polsce wyświetlany od 1 grudnia tego roku. Żadnego seansu w gruncie rzeczy nie żałuję i zdecydowanie polecam ten festiwal każdemu, niekoniecznie małoletniemu, bowiem przy produkcjach typu "Blanka" czy "Storm. Opowieść o odwadze" nie musiałem uruchamiać w sobie dziecięcego postrzegania, by dobrze się bawić. Z pewnością wpadnę za rok.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Do czego pijesz? - wywiad z WuWuniem

Z Marcinem Sprusińskim, znanym szerzej jako WuWunio, rozmawiam po kinowej premierze jego filmu "Potwór z Doliny Trzech Spawów".
Maciej Karwowski: Inaczej niż w przypadku poprzedniego filmu, premierę "Potwora..." zorganizowaliście w kinie. Informując na Facebooku o wyprzedanych biletach wspomniałeś, że przed Luną były kina, które Wam odmówiły.Które konkretnie?
Marcin Sprusiński: Chciałem się dogadać z dużymi sieciami, żeby w każdym mieście w Polsce film ten poleciał raz, na przykład w czwartek o 18:00. Bez zysku dla mnie – po prostu by ludzie w różnych miejscach kraju mogli zobaczyć to na dużym ekranie. Ale jak usłyszeli, że to jakiś film z Bonusem BGC i resztą - odmówili. Nie chciałbym raczej wymieniać nazw, bo możliwe, że kiedyś będę do nich uderzać z jakimś innym filmem. A kino Luna powiedziało, że nie interesuje ich co będziemy puszczać. I na pewno są zadowoleni, bo bilety sprzedały się w dwie godziny.
M.K.: Widziałem, jak dziewczyny sprzątały salę i sądzę, że obs…

Polski teledysk - wywiad z Markiem Skrzeczem i Szymonem Siwcem

Czas dużych przemian - wywiad z Szymonem Siwcem