Przejdź do głównej zawartości

"Blair witch" (2016) RECENZJA







"Blair Witch Project" swoją premierę miało w styczniu 1999 roku. Przy budżecie 60 tysięcy dolarów udało mu się uzyskać wpływy w wysokości blisko 250 milionów. Ogromy sukces przyczynił się do nagłej popularyzacji found footage i pozwolił w przyszłości na powstanie takich hitów jak "Paranormal activity", "Rec", "Cloverfield", "V/H/S" czy nawet "Project X". Nie był to jednak pierwszy film tego typu, bowiem już w 1980 roku powstał dziś raczej mało emocjonujący "Cannibal Holocaust", a i po nim swoje premiery miało jeszcze kilka innych. Ale to właśnie "Blair Witch Project" najsilniej zapisało się na kartach historii kina, swój sukces zawdzięczając przede wszystkim znakomicie przeprowadzonej kampanii promocyjnej. Ogłoszenie zaginięcia trójki studentów pojawiających się w filmie na specjalnie stworzonej stronie internetowej, odpowiednie opatrzenie samego materiału oraz, przede wszystkim, nakręcenie sfingowanego dokumentu "Curse of the Blair Witch" złożyły się na naprawdę wiarygodną wizję, co przyciągnęło ludzi do kin na całym świecie, niczym Amerykanów w 1938 przed odbiorniki radiowe do słuchowiska "Wojna światów" Orsona Wellesa

Mockdocument Daniela Myricka i Eduardo Sáncheza poza całą swą viralową otoczką miał w sobie coś jeszcze - był po prostu bardzo przemyślanym tworem. Bazując na niezwykle skąpej fabule, wręcz ledwie szkicowej, udowodnił iż nie potrzeba wielkiego, rozbuchanego scenariusza, gromadzącego multum wątków i dotykającego wielu problemów, by wciągnąć widza w akcję na całą długość seansu. A akcji tej jest naprawdę bardzo niewiele - oto trójka studentów, chcąc zrealizować dokument o jednej z lokalnych legend, zapuszcza się wgłąb lasu i szybko się w nim gubi. I to w zasadzie tyle, lwią część filmu przyjdzie nam obserwować ich rozpaczliwe wędrówki między drzewami, zwijanie namiotów, kłótnie i próby opanowania coraz większego lęku. Wydawałoby się, że żaden z tego horror - wszakże nie uświadczymy tu ani jednej przerażającej zjawy, ucieczek przed bezwzględnym oprawcą, niespodziewanie przemieszczających się przedmiotów czy czegokolwiek innego, do czego byśmy byli już przyzwyczajeni. "Blair Witch Project" postanowiło wykorzystać najoczywistszy ludzki mechanizm, po który dotąd twórcy zdawali się jeszcze nie sięgać - najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy i/lub nie znamy. Cały nasz strach w tym filmie budowany jest przez poczucie zagrożenia, a nie samo zagrożenie. O tajemnicach i mrocznych sekretach lasu wiemy tyle co bohaterowie, czyli w zasadzie nic, i możemy jedynie się domyślać, co czyha w gęstwinie. Utożsamiwszy punkt widzenia bohaterów z naszym, twórcy mogli sobie pozwolić na ograniczenie bodźców do minimum - wystarczył cichy dźwięk łamanych gałązek gdzieś w oddali, byśmy drżeli razem z Heather Donahue i jej towarzyszami, bojąc się wyścibić głowę z namiotu. Tak jak oni, z niepokojem brnęliśmy w to coraz głębiej, by finalnie nie otrzymać praktycznie żadnej odpowiedzi. "Blair Witch Project" to kino nie pozbawione wad, jednak zdecydowanie warte uwagi i... kontynuacji. Był on jednym z tych filmów, które aż domagały się sequela, by ten mógł dołożyć brakujące elementy układanki, tworząc choć trochę jaśniejszy obraz tego, co kryje las w Burkittsville.

Nie ma chyba osoby, która zabierając się za recenzję "Blair Witch" wzięłaby pod uwagę niechlubną "Księgę cieni: Blair Witch 2" z 2000 roku. I w zasadzie słusznie, bowiem związku nie ograniczającego się do tytułu doprawdy trudno się tam doszukać, a i przy tamtej produkcji trudno mówić o jakiejkolwiek jakości. Problematycznie zaczyna się jednak robić, gdy teraz, po 16 latach, okazuje się, że i kolejny film posiada w gruncie rzeczy ten sam problem.
Pomysł wyjściowy "Blair Witch" jest dość typowy, ale obiecujący - główny bohater, młodszy brat Heather z pierwszej części, postanawia ją po latach odnaleźć, zachęcony filmikiem znalezionym w sieci. Zaopatrzony, chyba typowo dla współczesnych dzieciaków, w masę elektroniki i lekkomyślną ekipę, rusza do znanego nam już lasu. Jak łatwo się domyślić, sprzęt szybko zaczyna szwankować, członkowie ekipy wpadają w panikę, a wiedźma zaciera ręce z radości, że znów będzie mogła pozawieszać patykowe figurki na drzewach. Motyw poszukiwań zaginionych przed laty zostaje szybko zastąpiony nerwowym bieganiem w kółko i wręcz błagalnym oczekiwaniem na kolejne strachy. I do pewnego momentu, to znów w zasadzie tyle. Niestety na każdym kroku, już od samego początku, widać niedbalstwo z jakim został przygotowany scenariusz tej części. Fatalnie napisane postaci, całkowicie pozbawione osobowości, wykonują automatyczne ruchy, coraz bardziej oddalając się od choćby iluzji logicznych zachowań, swoje motywacje czy decyzje w pełni podporządkowując kolejnym punktom w dziurawej fabule.

Los żadnej z postaci nie jest w stanie w choć najmniejszym stopniu zainteresować, zwłaszcza że w niektórych momentach jest ich aż sześć. W filmie opierającym się na chaosie, taka liczebność jest sama w sobie zgubna, zwłaszcza gdy każdej z nich nie poświęcimy dostatecznie dużo czasu na ekspozycję, o rozwoju postaci nie wspominając. Dodatkowym obciążnikiem jest tu sposób realizacji idei found footage. W pierwszej części dysponowaliśmy dwoma kamerami - jedną nagrywającą obraz monochromatyczny oraz drugą rejestrującą kolor. W "Blair Witch" kamer mamy bodaj dziewięć (w tym drona!), z czego obraz z sześciu z nich nie różni się absolutnie niczym - pochodzi on z czegoś na kształt słuchawek bluetooth, które bohaterowie mają cały czas przy sobie. Z tego powodu rozróżnienie z którym z bohaterów aktualnie przebywamy urasta do rangi wyzwania, zwłaszcza gdy ci postanawiają wypełnić jeden z warunków typowego horroru - rozdzielają się. Cóż, młodzi są, niedoświadczeni, seans "Krzyku" dopiero przed nimi. Zadanie domowe ze znajomości prawideł gatunku odrobili natomiast twórcy, reżyser Adam Windgard oraz scenarzysta Simon Barrett, tyle że wykorzystali tę wiedzę w najmniej oczekiwany przeze mnie sposób - powpychali do swojego filmu od groma dawno wyświechtanych motywów, czyniąc z tej obiecującej kontynuacji dzieło nawet nie tyle nieświeże, co niespójne i zwyczajnie głupie. Zamiast podniecenia z powodu rozszerzenia uniwersum i prób odpowiedzi na wiszące od lat w próżni pytania, poczułem się prawdziwie oszukany. Jak w przypadku drugiego "Reca" i pojawiających się tam motywów egzorcystycznych, czy też słysząc o midichlorianach w "Gwiezdnych wojnach".

Dzieło Windberga gwałci i grzebie poprzednika nie tylko fabularnie, a również jeśli chodzi o klimat. W kontynuacji nie zostało zupełnie nic z ogólnego poczucia niepokoju budowanego na bazie subtelnych i drobnych przesłanek. Tu wszelki strach oparty jest wyłącznie na najprymitywniejszych jumpscare'ach i na widowiskowości. W '99 straszyły nas łamane gałązki, teraz dostajemy całe drzewa walące się jedno po drugim. Wtedy przerażała sama ciemność i obawa przed tym, co może się wyłonić z mroku, dziś groza przybiera formę zdecydowanie bardziej materialną, widzialną. Przez co czar pryska, wyjątkowość zostaje zatracona i tym sposobem "Blair Witch" zaczyna przypominać każdy inny horror. Ostatnie paręnaście minut seansu towarzyszyło mi podobne wrażenie, jak przy oglądaniu "Znaków" Mela Gibsona - pokazano za dużo. Bohaterowie na całe szczęście nie noszą czapeczek z aluminium, ale postarano się, byśmy mimo to mieli z czego się śmiać. Tak, film o mitycznej wiedźmie z Blair posiada wstawki komediowe. Nie jest ich na szczęście wiele, ale sama ich wymuszona obecność budzi u mnie wiele zastrzeżeń.
Trudno mi pojąć, dlaczego ten film w ogóle powstał. "Blair Witch Project" co prawda potrzebował kontynuacji, ale po tylu latach zdaje się być już za późno - widownia się zmieniła, jej oczekiwania również, a sam pierwowzór stał się ikoną, z którą jakakolwiek polemika prowadzić może wyłącznie do zszargania dobrej sławy klasyka. Jako fan pierwszej części mam ogromny żal do autorów, że wydali na świat twór tak niedopracowany i pozbawiony zaangażowania, nie wnoszący nic nowego poza kolejnymi pytaniami, wtórny i niepotrzebny, a do tego chaotyczny i źle zagrany. Przypomina to odrobinę sytuację z "Terminator: Genisys", tyle że w tamtym przypadku byłem w stanie przymknąć oko na wiele wpadek ze względu na postać kultowego Arnolda. Jedynym znakiem rozpoznawczym "Blair Witch Project" są złożone z czterech patyków tajemnicze figurki. Ich pojawienie się w kontynuacji, to zdecydowanie za mało, bym poczuł sentyment. Dlatego niech lepiej wiedźma zostanie w swoim lesie, a Wasze pieniądze w kieszeniach. 

1/10

Komentarze

  1. CINEMAcieju,
    Gratuluję recenzji! Jest napisana bardzo dobrym językiem, czyta się lekko i przyjemnie.
    Wyrazy uznania,
    ja.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Do czego pijesz? - wywiad z WuWuniem

Z Marcinem Sprusińskim, znanym szerzej jako WuWunio, rozmawiam po kinowej premierze jego filmu "Potwór z Doliny Trzech Spawów".
Maciej Karwowski: Inaczej niż w przypadku poprzedniego filmu, premierę "Potwora..." zorganizowaliście w kinie. Informując na Facebooku o wyprzedanych biletach wspomniałeś, że przed Luną były kina, które Wam odmówiły.Które konkretnie?
Marcin Sprusiński: Chciałem się dogadać z dużymi sieciami, żeby w każdym mieście w Polsce film ten poleciał raz, na przykład w czwartek o 18:00. Bez zysku dla mnie – po prostu by ludzie w różnych miejscach kraju mogli zobaczyć to na dużym ekranie. Ale jak usłyszeli, że to jakiś film z Bonusem BGC i resztą - odmówili. Nie chciałbym raczej wymieniać nazw, bo możliwe, że kiedyś będę do nich uderzać z jakimś innym filmem. A kino Luna powiedziało, że nie interesuje ich co będziemy puszczać. I na pewno są zadowoleni, bo bilety sprzedały się w dwie godziny.
M.K.: Widziałem, jak dziewczyny sprzątały salę i sądzę, że obs…

Polski teledysk - wywiad z Markiem Skrzeczem i Szymonem Siwcem

ANATOMIA PRAWDY – wywiad z Sebastianem Fabijańskim

Z Sebastianem Fabijańskim rozmawiam wespół z moim niezastąpionym kompanem Jakubem Zawodniakiem podczas 46. Ińskiego Lata Filmowego, tuż po przedpremierowym pokazie Mowy ptaków Xawerego Żuławskiego.

Jakub Zawodniak: Chcieliśmy zacząć od tego, że jesteśmy pod wrażeniem amplitudy uczuć, jaką zaprezentowałeś na spotkaniu po filmie. Zwłaszcza że gdy dołączyłeś do Xawerego, wydawałeś się zblazowany, znudzony.
Sebastian Fabijański: Chwilę wcześniej spałem w samochodzie. Robimy z Mową ptaków sporą trasę – Warszawa, Zwierzyniec, Gdańsk, Ińsko i zaraz jedziemy dalej, a wszystko w przeciągu w zasadzie półtora dnia. To nie jest więc jakaś nonszalancja, po prostu naprawdę mnie rozłożyło. Takie spotkania nas też kosztują, zawsze jestem wymęczony, bo ludzie oczekują dużo atencji, a to wymaga wysiłku szczególnie ode mnie. A ja jakoś z natury duszą towarzystwa nie jestem.
Maciej Karwowski: Ale w którymś momencie się uruchomiłeś!
To pewnie przez jakieś pytanie. Ono uruchomiło lawinę refleksji i emocji.
MK: …