Przejdź do głównej zawartości

Ruchome obrazy – wywiad z Martą Czarnecką

Z Martą Czarnecką, jedną z malarek odpowiedzialnych za stworzenie filmu "Twój Vincent", rozmawiam w pubie Van Gogh, przy Żydowskiej 12 w Poznaniu.

Maciej Karwowski: Spotykamy się ze względu na Twój film, do tego w nieprzypadkowym miejscu, bowiem otaczają nas naścienne reprodukcje Van Gogha. A jeszcze słyszałem, że korzystaliście z farb "Van Gogh".

Marta Czarnecka: To nie było tak, że producenci wzięli je tylko dlatego, że się tak nazywają. Przeprowadzili testy, badali jak farby różnych marek zachowują się w różnym świetle po sfotografowaniu. Farby z serii "Van Gogh" firmy Talens miały najlepszą proporcję jakości do ceny. Później przemieniło się to we współpracę i finalnie są oficjalnym partnerem filmu.

M.K.: Za kilka dni "Twój Vincent" będzie miał swoją premierę w Danii i Izraelu, to kolejne kraje z bardzo długiej listy. Jak się czujesz jako współtwórczyni tak głośnego i popularnego dzieła?

M.C.: To chyba nie mieści mi się w głowie. (śmiech) Gdy zgłaszałam się do udziału, myślałam, że byłoby super, gdyby jakieś studyjne kino w ogóle go zagrało i mogłabym wziąć na niego rodzinę. Naprawdę nie spodziewałam się, że to będzie tak szeroka dystrybucja, sądzę, że nikt się nie spodziewał. Nie znam się na tym, ale czytałam, że sprzedaż filmu do 135 krajów przez reżyserkę, która debiutuje w pełnym metrażu, to istny fenomen!

M.K.: Los, jaki wróżyłaś "Twojemu Vincentowi", wstępnie spotkał "Idę". Jednak gdy gruchnęła informacja o nominacji, a potem wygraniu Oscara, został wznowiony i nagle wszyscy zapragnęli go zobaczyć. Wy niestety Oscara nie dostaliście, ale Wasz film i tak cały czas wraca w ramach różnych pokazów – jak choćby Kino Konesera w Heliosie, na którym się poznaliśmy.

M.C.: Do tej prezentacji doszło dość spontanicznie. Jakiś czas wcześniej nauczyciele i uczniowie gimnazjum (obecnie szkoły podstawowej), w którym przez rok uczyłam plastyki jeszcze zanim zaczęłam pracę przy "Twoim Vincencie", zaprosili mnie, abym podczas specjalnego spotkania opowiedziała im o swojej pracy przy filmie, a później pojechaliśmy razem do kina. Jedna z nauczycielek pochwaliła się mną obsłudze i oni również mnie zaprosili.

M.K.: Wiem, że każdy Cię o to pyta, ale również muszę to zrobić – jak trafiłaś do ekipy realizującej "Twojego Vincenta"?

M.C.: Wydaje mi się, że pierwszy raz usłyszałam o nim w styczniu 2014 roku, gdy jeszcze zbierali fundusze na Kickstarterze. Później, gdy uczyłam plastyki w gimnazjum w Kostrzynie, wspomniałam moim uczniom, że taki film powstaje i prawdopodobnie niedługo będzie w kinach, więc możemy się razem wybrać. Myślałam, że to już jest na tak zaawansowanym etapie produkcji.

M.K.: W jednym wywiadzie z 2014 bodaj Dorota zapowiadała, że film będzie gotowy na następny rok, na premierę w Cannes.

M.C.: Jeszcze nie wiedzieli, ile to roboty. (śmiech) Początkowo to w ogóle miał być 7-minutowy autorski projekt Doroty, ale Hugh ją zachęcił do rozbudowy pomysłu. Po tym, jak odeszłam ze szkoły, przez kilka miesięcy zajmowałam się różnymi projektami graficznymi w domu, malowałam kopie obrazów na zamówienie. W listopadzie 2015 przyjaciółka przysłała mi zdjęcie plakatu dotyczącego rekrutacji na malarza do "Twojego Vincenta". Byłam przekonana, że to już nieaktualne, ale dla pewności zadzwoniłam do nich. Potwierdzili, że nadal szukają malarzy. Cały następny dzień przygotowywałam moje portfolio dla nich. Strasznie długo czekałam na odpowiedź, więc czułam, że pewnie moje prace były za słabe. W końcu dostałam maila, że zapraszają na testy. Mogłam wybrać, czy pojadę do Wrocławia, czy do Gdańska. Powiedzieli mi, że w Gdańsku poznam malarzy pracujących przy filmie, więc nie trzeba mnie było bardziej zachęcać. Przez trzy dni po osiem godzin dziennie miałam przemalowywać pojedyncze klatki w stylu van Gogha. Chodziło o zrobienie jak największej ilości klatek, zachowując przy tym czystość koloru i styl. Sprawdzali, czy jesteśmy w stanie załapać, o co chodzi w animacji. Optymalnym rezultatem byłoby, gdybym namalowała 7 klatek. Namalowałam 5, więc nie miałam gwarancji, że dostanę się dalej. Zadzwonili, gdy jeszcze byłam w drodze powrotnej do Poznania. Na początku lutego 2016 zaczęłam 3-tygodniowe intensywne szkolenie. Malowaliśmy przez 6 dni w tygodniu po 10 godzin dziennie. Przez pierwszy tydzień każdy wykonał dwie kopie obrazów van Gogha, które potem były centymetr po centymetrze porównywane ze zdjęciami oryginałów czy zgadzają się barwy, pociągnięcia pędzla, kierunki, faktura, prześwity niezamalowanego płótna itd. Kolejne dwa tygodnie to już była animacja. Każdy z uczestników dostał to samo ujęcie do przemalowania.

M.K.: Jakie to było ujęcie?

M.C.: Jak Armand rozmawia ze swoim ojcem - listonoszem w kawiarni. Na screeningu wszyscy wybuchali śmiechem podczas tej sceny, bo każdy wspominał, jak się z nią zmagał na szkoleniu. Moja grupa była ponoć pierwszą, z której wszyscy zostali przyjęci. Katia i Tania Ocheredko, bliźniaczki z Ukrainy, które potem mieszkały ze mną, zostały przyjęte do pracy przy filmie przed ukończeniem szkolenia, były tak dobre.

fot. Bartosz Armusiewicz
M.K.: A jak było z przydziałem ujęć? Były jakieś roszady?

M.C.: Raczej było tak, że jak ktoś zaczynał jakieś ujęcie, to malował je do końca. Zdarzyło mi się pod koniec prac nad filmem, w listopadzie, kończyć ujęcie za kolegę. Malował cały czas ujęcia czarno-białe i na koniec dostał kolorowe. Stwierdził, że się w tym nie czuje i zrezygnował. Kończyłam za niego 6 ostatnich klatek. To było trudne. Zdecydowanie łatwiej jest zaczynać coś samemu, niż wchodzić w czyjąś pracę. Tym bardziej, że to ujęcie było malowane na wcześniej używanym podobraziu – bo tło było to samo – farba była już zaschnięta, więc pojawiały się trudności techniczne, trzeba było skrobać.

M.K.: Każde ujęcie, nieważne ile by nie trwało, było malowane wyłącznie na jednym podobraziu?

M.C.: W większości przypadków tak. Zwykle do każdego ujęcia było jedno podobrazie, które było przykręcone śrubami do metalowej konstrukcji w PAWS-ie. Ale oczywiście zdarzały się wyjątki przy dłuższych ujęciach, gdy były rozdzielane pomiędzy kilku malarzy. Jednak założenie było takie, że jedno ujęcie to jedno podobrazie i przemalowujemy obraz tyle razy, ile klatek jest w ujęciu.

M.K.: Więc musieliście mazać czasem po milion razy? To Twoje jedno ujęcie z deszczem, wg tego, co mówiłaś w Heliosie, przemalowywałaś 144 razy. Łoł.

M.C.: Są dłuższe ujęcia! (śmiech) To ujęcie z deszczem było o tyle łatwiejsze, że na początku ruch jest niewielki.

M.K.: Ale potem już sporo!

M.C.: Tak, każdą kroplę deszczu trzeba było nanieść na kolejnej klatce w innym miejscu. A nikt nam nie mówił, jak technicznie sobie z tym poradzić. Trzeba było samemu wymyślać sposoby, aby uzyskać jak najlepszy efekt. By nie niszczyć tła przy zmazywaniu kropel, postanowiłam nie dodawać olejków do farby, żeby w tych miejscach, gdzie nie będzie ruchu, tło wyschło zupełnie. Dzięki temu łatwiej mi było ścierać świeżą farbę (deszcz) z tej zaschniętej (tło).

M.K.: Skoro na sam koniec pracy zostawaliście wyłącznie z ostatnią klatką, na pewno rodziło to poczucie niszczenia własnej pracy.

M.C.: Tak, czasami trochę ciężko było zmazać to, co się namalowało. Zwłaszcza jeśli trwało to długo. Ale wiedzieliśmy, że i tak najważniejsze jest zdjęcie, bo to ono "gra w filmie". Jedyna trudność była taka, że jeśli coś zostało namalowane, sfotografowane, przemalowane, to już nie można było do tego wrócić. A przynajmniej było to trudne. Z tym ujęciem kolegi miałam taką sytuację, że chciałam je szybko dokończyć, więc zostałam dłużej w pracy i zrobiłam chyba wszystkie 6 klatek w jeden wieczór, bez zatwierdzania przez Dorotę. Okazało się, że na policzku Adeline wszedł mi lekko pomarańczowy kolor i gdy przyszłam następnego dnia do pracy, gotowa do robienia kolejnych rzeczy, dowiedziałam się od supervisora, że 4 klatki mam cofnięte. Musiałam zmazać to, co było namalowane i cofnąć się o kilka faz ruchu. Na szczęście ten ruch nie był za duży. Ale cofnąć się jest znacznie trudniej, bo trzeba uzupełnić farbę w tle, a przecież nie może być widać w filmie, że nagle tło się zmienia. To chyba był moment mojego największego kryzysu. Ale oczywiście dokończyłam to ujęcie.

M.K.: Nic nie było poprawiane komputerowo?

M.C.: Były jakieś drobne poprawki, nie dało się uniknąć niektórych rzeczy. Na przykład zdjęcia musiały być czyszczone z kurzu – jak malujesz przez ileś miesięcy, kurz osiada na farbie i po zrobieniu zdjęcia pojawiają się białe kropeczki. W PAWS-ach mieliśmy halogeny, które działały wiele godzin dziennie przez wiele tygodni, więc żarówki się często przepalały. Były takie historie, że po zmianie okazywało się, że choć żarówka taka sama, zdjęcie jest np. zbyt jasne w porównaniu z poprzednim. Dlaczego? Bo na żarówce nie było kurzu. Takie rzeczy trzeba było wyrównać komputerowo.

M.K.: Wiele jest w filmie dostrzegalnych smug ciągnących się za postaciami. Czemu tego typu rzeczy nie były czyszczone?

M.C.: Troszeczkę były. Bywały takie ujęcia, które malowano bardzo długo, farba tła zdążyła zaschnąć, więc gdy postać się przesuwała, zostawała bardzo mocna faktura. To by przeszkadzało w oglądaniu.

M.K.: Gdy wejdzie się już w historię, łatwo przestać to dostrzegać, ale na początku bardzo mnie to raziło.

M.C.: To właśnie dowód na to, że to jest namalowane.

M.K.: Tak myślałem, że o to Wam chodzi. W tej kwestii zastanawia mnie również klatkarz. 12 klatek na sekundę zamiast tradycyjnych 24. To z czystej oszczędności czy po to, by widz mógł się ponapawać obrazami?

M.C.: Nikt mi tego nigdy nie wyjaśniał, jednak sądzę, że skoro malowanie filmu z 12 klatkami trwało dwa lata... (śmiech) Poza tym gdyby tych klatek i przemalowań było więcej, migotanie byłoby trudniejsze do zniesienia.

M.K.: Istnieją jakieś wycięte sceny?

M.C.: Podobno jakieś są. Mówiłam kiedyś Dorocie, że na końcu powinny być takie gagi z planu (śmiech) – Armand myli się w swojej kwestii albo idzie i się przewraca. I to wszystko namalowane.

M.K.: Zrobiono tak w "Toy story 2", na napisach wrzucili w pełni zanimowane sceny, które udawały wpadki na planie. Niesamowicie zabawna rzecz.

M.C.: Zakończenie naszego filmu jest poruszające, więc taki zabieg popsułby efekt. Ale uważam, że byłoby to świetne, może jako dodatkowy filmik do internetu. Ostatnio czytałam wywiad z innym naszym malarzem i moim kolegą z PAWS-a naprzeciwko, Mariuszem Makselem. Mówi tam, że domalował coś, co się pojawia na ułamek sekundy i tylko on, wiedząc, gdzie i kiedy szukać, jest w stanie to wyłapać. Wielu malarzy robiło też osobne mini-animacje na marginesach wokół obrazów, dla zabawy. Mi też się zdarzało. Zanimowałam motyla z origami, którego przyklejałam w różnych miejscach, tworząc iluzję ruchu. Wlatuje, kręci się, a potem rozpryskuje na gwiazdki.

M.K.: Nie uważasz, że lepiej byłoby zrobić film, który bazowałby wyłącznie na technice van Gogha, ale nie stanowił przemalowywania zdjęć nakręconych na green-screenie? Czy nie za bardzo wyzierają z tych obrazów realni ludzie? Van Gogh malował przecież niedokładnie.

M.C.: W ujęciach, gdzie można było to zrobić, autorzy starali się odwzorować oryginalny styl van Gogha: oddalone postaci są niedokładne, namalowane ekspresyjnie; natomiast tam, gdzie chodziło o emocje, trzeba było namalować te postaci precyzyjniej, wciąż jednak w oparciu o styl oryginalnego portretu. Myślę, że nagrania z udziałem aktorów, którzy wiedzą jak oddać emocje i użyczają bohaterom filmu swej mimiki czy ruchu ciała, były w pewnym sensie niezbędne, ponieważ nawet malarz, który jest świetnym kopistą, niekoniecznie musi wiedzieć, jak animować postać. Mało kto jest w stanie wyobrazić sobie ruch postaci czy mimikę - klatka po klatce - zanim ją namaluje, zwłaszcza jeśli nie miał wcześniej do czynienia z tworzeniem animacji, jak większość naszych malarzy. Poza tym nagrany głos postaci musiał się zgadzać z ruchem ust (w wersji oryginalnej - angielskojęzycznej). Dlatego praca aktorów była niezbędna. Douglas Booth, kiedy był u nas w studio, wypowiadał się, że to dla niego niesamowite, że na ekranie jest nie tylko jego aktorstwo, ale też praca malarza. Że to gra razem w filmie.

M.K.: Jak Ci się w ogóle podoba "Twój Vincent"? Który raz go teraz widziałaś? Którą wersję językową wolisz?

M.C.: Myślę, że między 8 a 10. Zwykle oglądam filmy z oryginalną ścieżkę dźwiękową i napisami, ale w tym przypadku wolę wersję z dubbingiem, bo napisy odwracają uwagę od obrazu. A co sądzę o filmie? Myślę, że nawet gdybym nie brała udziału, to byłabym nim mocno zainteresowana i poruszona. Lubię biografie, zwłaszcza artystów i łatwo się wzruszam – płakałam podczas czytania "Pasji życia" Irvinga Stone'a. Jako, że brałam udział w produkcji, nie potrafię na niego spojrzeć obiektywnie. Dla mnie ma dodatkową warstwę w postaci wspomnień – gdy patrzę na ujęcia, widzę moich przyjaciół - malarzy, wiem, kto je malował, jak długo, co przechodził, z czym się zmagał.

M.K.: Na pewno czytałaś opinie o filmie i trafiłaś na krytykę wobec scenariusza. Ponoć nawet współscenarzysta Jacek Dehnel narzekał na finalny efekt.

M.C.: Sądzę, że każdy z nas dostrzega tam milion rzeczy, które można by poprawić albo po prostu zrobić inaczej, zawsze tak jest. Ile głów, tyle opinii. Nie zajmuję się pisaniem, więc trudno mi powiedzieć, co trzeba by poprawić w scenariuszu, żeby zadowolić wszystkich. Osobiście bardzo lubię filmy, które posiadają wątek kryminalny czy w ogóle motyw zagadki. No, przy 10. seansie faktycznie dłuży się momentami (śmiech), ale ja też na inne rzeczy zwracam uwagę. Bardzo lubię zamknięcie filmu i to dopowiedzenie dalszych losów bohaterów, ponieważ to pokazuje, że to nie są fikcyjne postaci, tylko osoby, które żyły kiedyś naprawdę.

M.K.: Znasz "Młyn i krzyż"?

M.C.: Znam. To na pewno nie jest film, na który się idzie do kina, żeby miło spędzić wieczór. To bardziej przeżycie, wejście w atmosferę.

M.K.: Przyświeca mu podobny cel co "Twojemu Vincentowi" – próbuje ożywić obraz. U Majewskiego to jeden obraz Bruegela, u Was to cała twórczość van Gogha. Majewski starał się dopowiedzieć historię bohaterów "Drogi krzyżowej", Wy nie koncentrujecie się na jednym obrazie, a niektóre sceny są wręcz pretekstowe, byle tylko pokazać kolejne dzieło. Ale i tak uważam, że znacznie sprawniej sobie radzicie z oddaniem ducha twórczości malarza. Jest to faktyczna próba zrozumienia autora, a nie takiej artystycznej masturbacji.

M.C.: W "Młynie i krzyżu" jednak występują aktorzy. W "Vincencie" jest wejście totalne w technikę artysty – film opowiada historię poprzez jego obrazy, jego stylem, może dlatego jest to pełniejsze. Wiem, że są zarzuty wobec naszego filmu, że to takie chodzenie od postaci do postaci i przepytywanie; że to może nudne i się wlecze. Ale fabuła jest podyktowana obrazami i biografią van Gogha, jedno z drugiego wynika. Nie można stworzyć filmu akcji na podstawie biografii van Gogha.

M.K.: Sądzę, że nie tego oczekiwali ci, którzy wystosowywali te zarzuty. (śmiech) Widziałem niedawno film dokumentalny "Chińscy van Goghowie" – opowiada o chińskiej dzielnicy malarzy, którzy hurtowo tworzą kopie obrazów głównie van Gogha właśnie. Oryginały znają jedynie z maluteńkich zdjęć. Kilku z nich jedzie do Amsterdamu, gdzie przekonują się, że prace ich mistrza w rzeczywistości wyglądają zupełnie inaczej. Spotykają się też ze swoim stałym klientem i są zdziwieni, że ten nie posiada galerii, tylko ich reprodukcje sprzedaje w maleńkim sklepie z pamiątkami i to po cenach 8 razy wyższych. Dociera do nich, że przez całe życie kontaktu ze sztuką nie namalowali niczego swojego. Rodzi to jedno ważne pytanie – czy kopista jest artystą?

M.C.: Dobre pytanie. To, co wykonuje kopista, nie jest jego własną wizją, jest powtórzeniem czegoś, co już powstało. Ale pytanie, czy ktoś próbuje zinterpretować dany obraz na swój sposób i tworzy coś nowego, własnego, jedynie zainspirowanego czyjąś twórczością (jak to robił van Gogh z obrazami Milleta - i dziś obrazy van Gogha są bardziej znane niż te pierwowzory), czy też stara się zrobić jak najwierniejszą kopię. Ta oczywiście wymaga technicznych umiejętności, natomiast nie można jej traktować jak dzieła autorskiego.

Podobnie traktuję swój udział w tym filmie. Były tam rzeczy, przy których można było zaszaleć, puścić wodze fantazji (na przykład na referencjach nie było widać, jak się układa dym papierosowy, więc mogłam sobie sama go wymyślić). Ale jak najbardziej przyjmuję, że była to praca odtwórcza i moim zadaniem było naśladować jak najwierniej styl Vincenta i wpasować się w wizję autorki - Doroty Kobieli - i od początku o tym wiedziałam.

M.K.: Co uznajesz za sukces artystyczny?

M.C.: Myślę, że sami wobec siebie jesteśmy najbardziej wymagający, więc zawsze jest poczucie, że można było coś zrobić lepiej. Nigdy ne ma pewności, czy to, co tworzymy, jest dobre. Sztuka jest subiektywna. Zawsze jest ryzyko, że innym się nie spodoba - pytanie, czy musi? Bo czy tworzymy dla innych, czy z wewnętrznej potrzeby?

Wszystko zależy od tego, jak indywidualnie każdy do tego podchodzi i czego oczekuje. Dla jednego sukces artystyczny jest wtedy, kiedy robi to, co kocha i ma satysfakcję z tego, co tworzy, nawet jeśli głoduje całe życie. Bo nie rezygnuje ze swojej twórczości po to, żeby dorabiać, robiąc coś, co go nie interesuje, tylko może się w pełni poświęcić pasji. Dla kogoś innego sukcesem będzie utrzymywanie się ze swojej twórczości, nawet jeśli czasem idzie na kompromis, by zadowolić klienta. Ale to chyba bardziej jest sukces finansowy, a nie artystyczny. Poza tym to są dwie skrajności. Oczywiście idealnie jest wtedy, gdy tworzymy to, co dyktuje nam serce, podążamy za tym, co nas pasjonuje, jesteśmy autentyczni, rozwijamy się, ale przy okazji możemy się z tego utrzymać.

M.K.: Chyba robienie rzeczy od linijki, choćby nie wiem jak precyzyjne i doskonałe to było, na dłuższą metę raczej męczy, niezależnie od zadowolenia finansowego. Gdybyś Ty miała kopiować jeszcze kolejne lata van Gogha, na pewno by Cię to męczyło. Pewnie już teraz masz trochę go dość, prawda?

M.C.: Nie aż tak. (śmiech) Minęło już trochę czasu i raczej nie miałabym awersji do wykonania kopii na zlecenie. Ale gdybym miała to robić jeszcze przez kilka lat, zapewne musiałabym przeplatać van Goghi innymi rzeczami. Może samo przemalowywanie było żmudne, ale ja traktuję ten projekt jako okazję do rozwoju w wielu dziedzinach. Np. do poszerzenia umiejętności technicznych w malarstwie. A jeszcze animacja, z którą nie miałam wcześniej do czynienia – to kolejna rzecz, którą otrzymałam w pakiecie. O specyfice pracy i cudownej atmosferze w studiu, wśród kilkudziesięciu wiecznie umorusanych farbą malarzy nie wspominając! To była wspaniała przygoda, więc nie protestowałabym, gdyby mi ktoś znów zaproponował udział w podobnym projekcie. Oczywiście... na jakiś czas.

M.K.: W jakiej dziedzinie czujesz się najlepsza? Podejmowałaś się wielu – haft, malarstwo, rysunek, w tym ilustracje. Czym chcesz się zająć w najbliższych latach?

M.C.: To dla mnie trudne pytanie, bo czuję, że nie jestem jeszcze zdefiniowana. To pewnie wiąże się z tym, że kończyłam edukację artystyczną, więc nie miałam takiego szerokiego spektrum i takiej ilości godzin przedmiotów artystycznych jak ktoś, kto kończył kierunek nastawiony na kreację w jakiejś konkretnej dziedzinie sztuki (miałam za to dużo zajęć teoretycznych – psychologię, pedagogikę, metodykę sztuki itd.). Zawsze rysunek był bliższy mojemu sercu niż malarstwo. Na studiach nie lubiłam malować. Może nie trafiłam w odpowiednim czasie na kogoś, kto by mną odpowiednio pokierował. Zawsze natomiast czułam się pewnie w rysunku. Dlatego, gdy zgłaszałam się do pracy przy "Vincencie", to z myślą, że chciałabym malować ujęcia czarno-białe. Okazało się, że większość malarzy je preferuje! Mało było specjalistów, którzy umieliby oddać styl van Gogha, tę fakturę i impasty. Gdy to usłyszałam podczas szkolenia, wzięłam sobie za punkt honoru, że im pokażę, jak te impasty mają wyglądać! (śmiech).
Jeśli chodzi o moją najbliższą przyszłość, to na razie kończę różne zlecenia, w tym ilustracje do książki. Po udziale w "Vincencie" mam ochotę malować swoje rzeczy. Ale to też nie jest tak, że teraz będę się chciała zająć wyłącznie malarstwem. Sądzę, że będę szukała jeszcze jakiś czas (albo całe życie?) i próbowała nowych rzeczy. Lubię próbować.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Do czego pijesz? - wywiad z WuWuniem

Z Marcinem Sprusińskim, znanym szerzej jako WuWunio, rozmawiam po kinowej premierze jego filmu "Potwór z Doliny Trzech Spawów".
Maciej Karwowski: Inaczej niż w przypadku poprzedniego filmu, premierę "Potwora..." zorganizowaliście w kinie. Informując na Facebooku o wyprzedanych biletach wspomniałeś, że przed Luną były kina, które Wam odmówiły.Które konkretnie?
Marcin Sprusiński: Chciałem się dogadać z dużymi sieciami, żeby w każdym mieście w Polsce film ten poleciał raz, na przykład w czwartek o 18:00. Bez zysku dla mnie – po prostu by ludzie w różnych miejscach kraju mogli zobaczyć to na dużym ekranie. Ale jak usłyszeli, że to jakiś film z Bonusem BGC i resztą - odmówili. Nie chciałbym raczej wymieniać nazw, bo możliwe, że kiedyś będę do nich uderzać z jakimś innym filmem. A kino Luna powiedziało, że nie interesuje ich co będziemy puszczać. I na pewno są zadowoleni, bo bilety sprzedały się w dwie godziny.
M.K.: Widziałem, jak dziewczyny sprzątały salę i sądzę, że obs…

Polski teledysk - wywiad z Markiem Skrzeczem i Szymonem Siwcem

Czas dużych przemian - wywiad z Szymonem Siwcem