Przejdź do głównej zawartości

33. Festiwal Filmów Młodego Widza Ale Kino!



 
Jeszcze do niedawna sformułowanie AleKino! kojarzyło mi się wyłącznie ze świetną stacją telewizyjną i wykrzyknieniem, którego nie zwykłem stosować. Sądzę, że gdyby nie ulokowanie festiwalu w zamieszkiwanym przeze mnie mieście, sytuacja mogłaby po dziś dzień wyglądać dość podobnie. Jednak Międzynarodowy Festiwal Filmów Młodego Widza AleKino! cały swój pokaźny staż wiązał z Poznaniem i, jak zażartował dyrektor festiwalu Jerzy Moszkowicz na gali otwarcia tegorocznej edycji, "My się nigdzie nie przenosimy", dlatego impreza ta szybko znalazła u mnie zainteresowanie. Po szybkiej i pobieżnej wiwisekcji propozycji repertuarowych, zapaławszy ogromną chęcią współuczestnictwa, zgłosiłem się po akredytację i tym sposobem od 29. listopada do 6. grudnia pokaźną część czasu spędzałem w Multikinie 51 jako przedstawiciel mediów.

W niedzielę, w samo południe miała miejsce gala otwarcia. Choć głównym lokum całej imprezy było Multikino przy ul. Królowej Jadwigi, akurat to wydarzenie odbyło się na sali wielkiej Centrum Kultury Zamek. Przyznam, że spodziewałem się tam ujrzeć większe tłumy. Wielki festiwal, sporo ważnych gości, występ wokalny połączony z wręczeniem istotnej nagrody - sądziłem, że tyle wystarczy by wypełnić salę po brzegi. Tak się jednak nie stało i choć nie może tu być mowy o niskiej frekwencji, czułem jako obserwator pewien niedosyt. Były przemowy, symboliczne przecinanie wstęgi - taśmy filmowej, oddanie na ręce Jerzego Armaty Platynowych Koziołków, dyskusja z tymże, urozmaicona występem wokalno-instrumentalnym pod przewodnictwem Doroty Miśkiewicz oraz pokaz animowanych filmów krótkometrażowych.

Jako, że chciałem na AleKinie! obejrzeć jak najwięcej, nie mogłem sobie pozwolić na pozostanie do końca gali, bowiem już o 14:00 rozpoczynały się pierwsze seanse festiwalu. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, iż każdy pełny metraż miał co najmniej dwie projekcje, dzięki czemu widz przybywając do kina o dowolnej porze miał możliwość wyboru pomiędzy nawet czterema filmami. Oddzieliwszy ziarno od plew, na pierwszy ogień wybrałem "Klub włóczykijów", po którym jak się okazało odbyło się spotkanie z twórcami - reżyserem oraz trójką aktorów. Wówczas dał o sobie znać bodaj największy mankament festiwalu - długość wzmiankowanych spotkań. Spośród tych, w których uczestniczyłem, tylko jedno odbyło się poza salą, w której film był wyświetlany; reszta musiała się zadowolić tą samą przestrzenią i niewielkim czasem jaki dzielił przewidziane projekcje. Jakby nie było, cieszę się że takie panele mimo wszystko były organizowane. Choć merytorycznie stały na mało zadowalającym poziomie, miło było choć na chwilę ujrzeć osoby zaangażowane w produkcję przed momentem zobaczonego filmu. Jako drugi przypadł mi w udziale "Mały gangster". Nie odbyło się po nim żadne spotkanie, a że zmęczenie dało o sobie znać, zdołałem tego dnia już tylko zachwycić się serwowanym w biurze festiwalowym brownie i udałem się do domu. 

Studia mocno ograniczały moje możliwości uczęszczania na pokazy - na całe szczęście organizatorzy w godzinach dopołudnionych postanowili wyświetlać filmy skierowane głównie do najmłodszego widza, a te dla odbiorców nieco starszych umiejscowili w godzinach wieczornych. Mimo, iż nie mam do kina dziecięcego żadnych uprzedzeń, to zdecydowanie właśnie młodzieżowe produkcje jawiły się w moim odczuciu ciekawiej. Tym sposobem w poniedziałek zobaczyłem niebywale dojrzałego i uroczego "Banana", urozmaiconego spotkaniem z odtwórcą głównej roli, oraz chwalonego przez wszystkich naokoło "Mustanga". Tego dnia uwielbiłem obrendowane grafiką festiwalu krówki i przekonałem się, że nasze biuro świetnie sprawdza się jako miejsce do zebrania myśli w głowie i słów na kartce. Niezwykle radującym był fakt, że o dotąd obejrzanych filmach miałem ochotę pomyśleć, porozpatrywać sposób przedstawienia w nich świata i bohaterów. Doznałem tego, czego od pewnego czasu mi brakowało. Z kina wyszedłem szczęśliwy.

Praktycznie wszystkie pokazy AleKina! rozpoczynały się z opóźnieniem. Nie należały one do naprzykrzająco długich, jednak z całą pewnością mogły niejednemu działać na nerwy. Zdecydowanie ratowały nieco tych, którzy spóźniali się specjalnie, trwając w przekonaniu, iż przed pokazami festiwalowymi wyświetlany jest standardowy dla Multikina kosmicznie długi blok reklamowy. Mi to drobne opóźnienie pozwoliło wkroczyć ze spokojem na salę na wtorkowy pokaz "Pięknej dziewczyny" bez utraty choćby skrawka tej, jak się później okazało, miernej produkcji. Jako drugi film wybrałem "Po prostu Jim". Jest to jedno z tych dzieł, które należałoby obejrzeć ponownie, chcąc wyciągnąć z niego esencję. Bo jak na razie wyciągnąłem jedynie zazdrość wobec Craiga Robertsa, reżysera, autora scenariusza i odtwórcy głównej roli, którego zdążyłem uwielbić już w "Mojej łodzi podwodnej", a który jest ode mnie starszy zaledwie rok. Cóż, życzę sukcesów temu panu. Na pocieszenie zajadałem się winogronami. 
 
Mam taki niepisany zwyczaj nie dowiadywać się przed obejrzeniem filmu na jego temat praktycznie nic. Interesuje mnie jedynie tytuł, plakat, czasem reżyser i ewentualnie główni aktorzy. Całą otoczkę poznaję zwykle po seansie, wtedy na spokojnie zawsze doczytuję, co trzeba. Wydaje mi się, że na festiwalach taka taktyka jest całkiem sensowna i pozwala na zapoznanie się z nieoczekiwanie dobrymi pozycjami. Jednak, jak każda ideologia, i ta ma swoje wady, toteż zdarza mi się w ten sposób zbłądzić. Na Transatlantyku zaliczyłem wpadkę ze "Skalą szarości" oraz "Właścicielami"; na KamerzeAkcji z "danielem&aną" i "W piwnicy". Na AleKinie! wpadką nazwać mogę "Powrót do Brundibara" (i "Social suicide", ale o nim jeszcze zdążę wspomnieć). Choć nie był to film fatalny, gdybym tylko miał świadomość, że jest dokumentem, zdecydowanie bym się na niego nie wybrał. Z nie do końca wyjaśnialnych przyczyn bardzo się nie lubię z tym gatunkiem i unikam go jak tylko mogę. Co prawda film Douglasa Wolfspergera podejmuje ciekawy temat, a występująca w nim Greta Klingsberg jest fascynującą i ratującą całość postacią, jednak nie wydaje mi się bym wiele stracił nie obejrzawszy go. Dodatkowym bodźcem zniechęcającym do przebywania na sali byli młodzi dżentelmeni siedzący tuż za nami. Gdy złego słowa nie mogę powiedzieć o ogromnych tłumach małych dzieci na wszystkich pozostałych seansach, tak o tej skromnej grupce bodaj 11-latków potrafiłbym wyrzucić z siebie jedynie sążniste inwektywy. Nie mogąc w żaden sposób odgadnąć ich motywacji czy wewnętrznego przyzwolenia na takie zachowanie, począłem zadawać sobie już tylko jedno pytanie - kto ich na taki seans zabrał? Czy dokument o niemieckich "trudnej" młodzieży wystawiającej sztukę dotyczącą Żydów z czasów wojny to dobra propozycja dla takich odbiorców? Cytując kultowe już wypowiedzenie Tadeusza Sznuka - "nie wiem, ale się domyślam". Po seansie odbyło się spotkanie z reżyserem, na którym zostałem jedynie przez moment, a to ze względu na dwa czynniki. Jednym z nich były pytania jakie padały - zdecydowanie nazbyt odbiegające od głównego tematu - samego filmu czy tematyki jaką podejmował - sposobu radzenia sobie z pamięcią o wojnie. Drugim był pokaz "Painkillers". Wspomnienia z gry miałem niezwykle dobre, przypuszczałem że film niemający z nią jakiegokolwiek związku również takim się okaże. Nie pomyliłem się, choć pojąć nie mogłem czemu miało służyć odbywające się po pokazie spotkanie z doktorem mówiącym o nowotworach. 

W czwartek udałem się na najciekawiej brzmiący tytuł - "Social suicide". Ten najsilniej zakorzeniony w realiach współczesnego świata, dotyczący zachowań młodzieży w sieci film wywołał we mnie potężne znużenie i zażenowanie, jednak to, co się działo po seansie było już fascynujące. Atrakcją stali się dwaj młodzieńcy, odtwórcy głównych ról. Sala pękała w szwach, a za wysoką frekwencję odpowiadały w dużej mierze młode dziewczęta, które to niebywale szybko puściły w niepamięć obejrzaną treść i wyrażały zainteresowanie głównie fizjonomią gości, a za najistotniejsze pytanie uznały to o ich wiek. Po krótkiej rozmowie do aktorów ustawiła się pokaźna kolejka z telefonami z już przygotowanymi aparatami do uwiecznienia krotochwilnego semi-spotkania. Poszedłem na "Stado". Powtórkę z "Polowania" uznaję za zaliczoną.

Szóstego dnia postanowiłem zajrzeć do kina już od samego rana, by obejrzeć dwa filmy z repertuaru dziecięcego - "Życie według Nino" oraz "Najlepsze przyjaciółki", z czego drugi okazał się niezwykle miłym zaskoczeniem. Następnie udałem się na przymusową przerwę (festiwal nie przewidział, że mogę chcieć coś obejrzeć w godzinach 14-17), by do Multikina finalnie powrócić na kolejne dwa - "Inne dziewczyny" i "Tak jak ja". Po pierwszym z nich na pytania publiczności odpowiadał reżyser oraz jedna z aktorek, natomiast po drugim chętni mieli okazję porozmawiać z producentem. Tego dnia w hallu Multikina po raz pierwszy dojrzeć można było szturmowca Imperium, który postanowił straszyć mijających go widzów, ruszając nagle w ich kierunku z zastygłej pozy. Emocje studziły darmowe napoje od Cocio. 

Sobota, dzień wolny, aż proszący się o wykorzystanie w pełni możliwości, jakie daje. Niestety nie zawsze wszystko jest w stanie pójść zgodnie z planem, dlatego kinematograficzną podróż rozpocząłem dopiero o 17 wraz z "Sądnym dniem Danny'ego", by kontynuować i zakończyć z filmem "Earl i ja, i umierająca dziewczyna". Podczas obu seansów ciążyła mi myśl, że przepuszczam właśnie niepowtarzalną okazję bycia na gali zamykającej (o koncercie Pauliny Przybysz w Starym Browarze nie ma co wspominać). Niestety, wśród moich umiejętności jak na złość wciąż nie figuruje bilokacja. 
 
W niedzielę, ostatni dzień festiwalu, zobaczyłem już tylko "Tajne stowarzyszenie z dzielnicy Supilinn" i tym samym pożegnałem się z 33. edycją AleKina! Na festiwalu zobaczyłem łącznie 17 filmów pełnometrażowych i dwie krótkometrażówki z gali otwarcia. Zjadłem niezliczoną ilość krówek, poznałem kilka ciekawych osób, znów nie przeprowadziłem żadnego wywiadu (ale ze mną jeden przeprowadzono #kumoterstwo) i wzbogaciłem się o kilka naprawdę wartościowych doświadczeń filmowych. Bardzo się cieszę, że takie imprezy jak AleKino! istnieją; skupienie na jednej konkretnej grupie docelowej jest znakomitym pomysłem, zwłaszcza że wcale nie oznacza zadowalania się miernymi produkcjami, byleby te spełniały kryterium. Widać, iż organizatorzy dołożyli wszelkich starań by dobór filmów stał na wysokim poziomie i skutecznie starał się zadowolić każdego widza. Nie tylko młodego. AleKino! Ale festiwal! Do zobaczenia za rok.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Do czego pijesz? - wywiad z WuWuniem

Z Marcinem Sprusińskim, znanym szerzej jako WuWunio, rozmawiam po kinowej premierze jego filmu "Potwór z Doliny Trzech Spawów".
Maciej Karwowski: Inaczej niż w przypadku poprzedniego filmu, premierę "Potwora..." zorganizowaliście w kinie. Informując na Facebooku o wyprzedanych biletach wspomniałeś, że przed Luną były kina, które Wam odmówiły.Które konkretnie?
Marcin Sprusiński: Chciałem się dogadać z dużymi sieciami, żeby w każdym mieście w Polsce film ten poleciał raz, na przykład w czwartek o 18:00. Bez zysku dla mnie – po prostu by ludzie w różnych miejscach kraju mogli zobaczyć to na dużym ekranie. Ale jak usłyszeli, że to jakiś film z Bonusem BGC i resztą - odmówili. Nie chciałbym raczej wymieniać nazw, bo możliwe, że kiedyś będę do nich uderzać z jakimś innym filmem. A kino Luna powiedziało, że nie interesuje ich co będziemy puszczać. I na pewno są zadowoleni, bo bilety sprzedały się w dwie godziny.
M.K.: Widziałem, jak dziewczyny sprzątały salę i sądzę, że obs…

Polski teledysk - wywiad z Markiem Skrzeczem i Szymonem Siwcem

ANATOMIA PRAWDY – wywiad z Sebastianem Fabijańskim

Z Sebastianem Fabijańskim rozmawiam wespół z moim niezastąpionym kompanem Jakubem Zawodniakiem podczas 46. Ińskiego Lata Filmowego, tuż po przedpremierowym pokazie Mowy ptaków Xawerego Żuławskiego.

Jakub Zawodniak: Chcieliśmy zacząć od tego, że jesteśmy pod wrażeniem amplitudy uczuć, jaką zaprezentowałeś na spotkaniu po filmie. Zwłaszcza że gdy dołączyłeś do Xawerego, wydawałeś się zblazowany, znudzony.
Sebastian Fabijański: Chwilę wcześniej spałem w samochodzie. Robimy z Mową ptaków sporą trasę – Warszawa, Zwierzyniec, Gdańsk, Ińsko i zaraz jedziemy dalej, a wszystko w przeciągu w zasadzie półtora dnia. To nie jest więc jakaś nonszalancja, po prostu naprawdę mnie rozłożyło. Takie spotkania nas też kosztują, zawsze jestem wymęczony, bo ludzie oczekują dużo atencji, a to wymaga wysiłku szczególnie ode mnie. A ja jakoś z natury duszą towarzystwa nie jestem.
Maciej Karwowski: Ale w którymś momencie się uruchomiłeś!
To pewnie przez jakieś pytanie. Ono uruchomiło lawinę refleksji i emocji.
MK: …